4 x ‚K’, czyli Krzysztof Kononowicz i krajowe klopoty.

Autor: Marcin Milczarski

 

Nie jestem pewnie jedynym człowiekiem w Polsce, który co jakiś czas doświadcza dziwnego stanu, który wyrazić można by wytartym już stwierdzeniem ‘O kurczę!’. Mam tutaj na myśli momenty, w których uświadamiamy sobie coś, co było oczywiste od samego początku, ale prawdziwa stawka danego zdarzenia została przeoczona, np. w gąszczu innych informacji. Zagalopować można się także z innych powodów – realna wartość przesłonięta może zostać przez łzy ronione ze śmiechu, przez pobłażliwość, niedowierzanie czy ironiczną obojętność.Tak oto zupełnie zdumiewające było dla mnie uprzytomnienie sobie czym jest ostatnia (na szczęście już poprawiana) wersja ustawy lustracyjnej. Jest w istocie zamachem na konstytucję, w myśl którego wyrok zapadać ma przed rozpoczęciem wyroku, ponieważ zasadę domniemania niewinności wyrzucono poza nawias. Ta sprawa obrazuje, jak w natłoku informacji można się zagapić. Czasami upłynąć musi trochę czasu, by w pełni zorientować się w grozie sytuacji, zamiast wyłącznie mimowolnego zarejestrowania jakiegoś faktu.

Kolejna refleksja jest pewnie spóźniona, ale nie mniej aktualna, niż w chwili, gdy Polacy po raz pierwszy usłyszeli o Krzysztofie Kononowiczu, kandydacie na urząd prezydenta Białegostoku. Najokrutniejsza dla mnie – bo najbardziej bolesna – myśl przyszła kilkanaście tygodni po ostatecznych rozstrzygnięciach w wyborach samorządowych ubiegłego roku. Sprowokował ją program Tok2Szok (TV4) Piotra Najsztuba i Jacka Żakowskiego z 15-go listopada 2006 roku, w którym gościli nie tylko Krzysztofa Kononowicza, ale również ludzi ze sztabu wyborczego podlaskiego kandydata, Adama Czeczetkowicza oraz dra historii Marka Czarniawskiego. Nie jest tutaj istotne to, jak zachowywali się prowadzący, którzy w opinii wielu do pewnego momentu mniej lub bardziej elegancko z gościa żartowali. Kluczowi są tutaj Czeczetkowicz i Czarniawski (obaj z Polskiej Partii Narodowej), których pomysłem na kampanię wyborczą komitetu ‘Podlasie XXI Wieku’ stał się Krzysztof Kononowicz.

Oto ważniejsze fragmenty programu:
Jacek Żakowski o Krzysztofie Kononowiczu: Czy to jest osoba posiadająca kompetencje wystarczające do tego by być menadżerem wielkiego miasta, jakim jest Białystok?
Marek Czarniawski: Nie było takiej możliwości, że zostanie prezydentem. 
[…]
Piotr Najsztub: Panowie, no jednak czy to nie jest tak, że zrobiliście sobie żart z biednego człowieka wystawiając go w wyborach? […] Biednego w tym sensie, […] że jest nieprzygotowany trochę do takiego życia w polityce i do życia w mediach. 
Adam Czeczetkowicz: A ja pytam się, czy jakikolwiek polityk jest przygotowany? Ja myślę, że pan Krzysztof czuje się jak ryba w wodzie w tej roli. 
[…]
Piotr Najsztub: Chciałby pan, żeby prezydentem naszego kraju był pan Krzysztof? 
Marek Czarniawski: Ja mam swojego kandydata, innego, który startował w poprzednich wyborach. (Niemniej Czarniawski powiedział, że jedynym powodem, dla którego Krzysztof Kononowicz nie ma szans na wystartowanie w ogólnokrajowych wyborach prezydenckich są wielkie wymogi organizacyjne przy tego typu kampanii, przewyższające możliwości jego sztabu.)
Piotr Najsztub: A pan by chciał? 
Adam Czeczetkowicz: Ja bym chciał, tak. 
Piotr Najsztub: Dlaczego? 
Adam Czeczetkowicz: A czemu by nie? 
Piotr Najtzub: A czemu by tak? 
Adam Czeczetkowicz: To jest człowiek, jak to się mówi, Bóg, honor, ojczyzna i czego więcej trzeba? 
Piotr Najsztub: A kompetencje? 
Adam Czeczetkowicz: Kompetencje? Kompetencje to już pokazywali następcy Jaruzelskiego, naszego prezydenta. Myślę, ze nasz kandydat miałby większe kompetencje. Zna języki. (Białoruski i rosyjski.)
[…]
Jacek Żakowski (do Marka Czarniawskiego): Jak pan może sobie robić takie kpiny z Polski, z polityki, z człowieka, z wyborców, z wyborów, z demokracji? Tego nie rozumiem. Gdzie to się ulęgło? 
Marek Czarniawski: Czy ja robię kpiny, czy ze mnie robią kpiny ci, którzy nami rządzą? Panie redaktorze, wybory były w Białymstoku dwa dni temu, a już osoby wybrane do sejmiku zmieniają przynależność partyjną. To oni oszukali wyborców, tych którzy głosowali na ich ugrupowanie. 
Jacek Żakowski: No tak, a pan po prostu zrobił z tego wielki, ponury dowcip. 

Spraw, jakie odsłonił fenomen Krzysztofa Kononowicza jest kilka. Najwyraźniejsza jest taka, że w Polsce każdy człowiek (o ile posiada obywatelstwo polskie, w dniu głosowania ma ukończone 25 lat oraz nie jest karany lub nie umorzono wobec niego postępowania w sprawie ściganej z oskarżenia publicznego) może startować w wyborach na prezydenta miasta. W związku z tym polityka może być po prostu zajęciem czy zawodem, do wykonywania którego nie potrzebne są ani kwalifikacje, ani powołanie. Nie jest to jednak wyjątkowo wstrząsający wniosek – jest zbyt ogólny, a poza tym dawno pisał o tym już Platon. Za to kolejne dno tej sprawy jest absolutnie dramatyczne, jako że ukazuje jej detale. Ujawniły je najbardziej fatalne, moim zdaniem, momenty programu, w których członkowie sztabu Kononowicza uzasadniali (z wiarą lub nie), że pan Krzysztof nie jest złym kandydatem. Nie jest złym, a nawet całkiem dobrym, ponieważ po pierwsze, przynajmniej część klasy politycznej w Polsce też nie jest kompetentna, również nie zna się na tym co robi. Co więcej, nawet jeśli niektórzy ludzie są fachowcami, to i tak nic z tego nie wynika. Po drugie, w kilku elementach wyraźnie dystansuje rodzimych polityków, np. o znajomość dwóch języków obcych próżno by wielu podejrzewać. Po trzecie, jest szczerym, honorowym, uczciwym, wierzącym patriotą (prostym ludziom można wierzyć), czego nie można powiedzieć o wielu posłach zasiadających dzisiaj na Wiejskiej. Niektórzy powiedzieliby pewnie, że nie wygląda zbyt reprezentatywnie. Faktycznie prawdą jest, że na politycznych salonach nie paraduje się w swetrze. Niemniej jest to najmniej kłopotliwa kwestia, o której w mgnieniu oka można zapomnieć. Wystarczy sięgnąć pamięcią do dawnego wizerunku dzisiejszego wicepremiera Andrzeja Leppera. Jasne jest także to, że Krzysztof Kononowicz mówi niewyraźnie. Ale nawet ten mankament, nie jest w naszym kraju (ale i przecież i za granicą) warunkiem przekreślającym karierę polityczną.

Nie chcę przez to powiedzieć, że w polskiej polityce wygodnie usadowiły się osoby typu Krzysztofa Kononowicza. Nie sposób wypowiadać się o wszystkich reprezentantach narodu na szczeblu samorządowym, ale przynajmniej w stolicy nie ma tak spektakularnych postaci. Z drugiej jednak strony, mimo że próby zestawiania niektórych polityków z osobą Kononowicza są jawną przesadą, trudno nie dostrzec pewnych paraleli. Co prawda w ‘centralnym’ życiu politycznym nie znajdujmy nikogo, kto kumulowałby wszystkie cechy kandydata z Podlasia, ale występują one cząstkowo w niejednym przedstawicielu. Mówiąc inaczej, mamy w Polsce pole, na którym pół- lub ćwierć-Kononowicze nie tylko mogą walczyć o społeczne poparcie, mamy także glebę, na której mogą wyrastać. Myślę tu o tolerowanych i akceptowanych przez wyborców, a później także przez samych wybranych, brakach kompetencyjnych i niedostatkach w elementarnym przygotowaniu społeczno-kulturowym do obejmowania funkcji publicznych, nie zaś o szczerości pana Krzysztofa i jego szlachetnej wierze w służbę krajowi.

I na koniec, żal Kononowicza. Jego historia jest przykra i źle się stało, że stało się, jak się stało. Nóż się w kieszeni otwiera, kiedy myśli się o członkach sztabu, którzy cynicznie i okrutnie zadrwili z pana Krzysztofa w szczególności, a z demokracji w ogóle. Mogę powiedzieć tylko sakramentalne ‘O kurczę’, ale tym razem już bez wykrzyknika i z intonacją mocno lecącą w dół.