25 lat później, czyli nadzieja na śmierć pokolenia.

Autor: Piotr Prokopowicz

 

W sali kinowej siedzi reżyser „Człowieka z żelaza”, odtwórcy głównych ról Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłłowicz, zagłębiony w fotelu i własnych myślach siedzi również legendarny wódz „Solidarności”. O dziwo, zamiast zwykłej dawki martyrologicznego bełkotu, z ekranu da się słyszeć garść mądrych, prostych słów. O ruchu, o osobistych wyborach, o odpowiedzialności i nadziei. Ze wszystkich myśli najbardziej utkwiły mi słowa Elektryka, w których dość szczególnie interpretuje on biblijną Księgę Wyjścia. Wałęsa sens czterdziestoletniej wędrówki Mojżesza widzi głównie w jednym, prostym fakcie – biologicznej wymianie kadr. Pokolenie przyzwyczajone do niewolnictwa musi odejść, by oddać władzę pokoleniu urodzonemu w nowej rzeczywistość. Dzieci wolności muszą zapomnieć, że ich rodzice dorastali w kajdanach. Z trudów wyjścia, przejścia przez morze, włóczęgi i zwątpienia pozostaje jedynie mit, symbol, mgliste wspomnienie bólu i triumfu. Nowe pokolenie powinno i musi wszystko zacząć od nowa.Rzadko rozmawiam ze swoimi znajomymi o Solidarności. Jakoś zawsze brakuje nam na to czasu, zawsze są ważniejsze sprawy, coś trzeba załatwić w dziekanacie, napisać jakąś pracę, załatwić stypendium, zebrać pieniądze na wyjazd za granicę, umówić się na imprezę. Z takich ogniw zbudowana jest nasza codzienność, do takiego rytmu układamy nasze kroki. O dziwo, sytuacja nie zmieniła się w związku z hucznymi obchodami 25 rocznicy porozumień sierpniowych. Ot, kolejna, nadęta impreza narodowa, koncert podstarzałej gwiazdy muzyki elektronicznej, ktoś obraża się na związek, Wałęsa ze związku odchodzi – kolejny dzień w polskim politycznym bagienku. I nie chodzi nawet o to, aby powtarzać truizmy o braku zaangażowania moich rówieśników w politykę, o zaprzepaszczonym dziedzictwie powszechnego ruchu społecznego, czy o obojętności obywatelskiej skonstruowanego przez media pokolenia JP2. Chodzi o to, że powoli zapominamy.

Początkowo nad tym faktem ubolewałam, w prawdziwej bądź udawanej zadumie roztaczałem przed samym sobą i najbliższymi wizję mrocznej przyszłości ludzi bez pamięci. Z tego cierpiętniczego i bezproduktywnego marazmu wybiła mnie jednak seria dziesięciominutowych etiud filmowych, zaprezentowana 31 sierpnia w pierwszym programie telewizji polskiej. Trzynastu twórców, pośród których znaleźli się Andrzej Wajda, Jan Jakub Kolski czy Krzysztof Zanussi, podjęło się przełożenia na język taśmy filmowej własnych wizji solidarnościowego zrywu. Pośród pechowej liczby produkcji zaprezentowane zostały opowieści smutne, gorzkie, podniosłe i banalne. Oprócz rozdzierającej i, jak dla mnie, najbardziej sugestywnej opowieści o mieszanych błogosławieństwach rewolucji autorstwa Jacka Bromskiego („A wie pan co?”), największe wrażenie zrobił na mnie krótki film dokumentalny Andrzeja Wajdy – „Człowiek z nadziei”.

W sali kinowej siedzi reżyser „Człowieka z żelaza”, odtwórcy głównych ról Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłłowicz, zagłębiony w fotelu i własnych myślach siedzi również legendarny wódz „Solidarności”. O dziwo, zamiast zwykłej dawki martyrologicznego bełkotu, z ekranu da się słyszeć garść mądrych, prostych słów. O ruchu, o osobistych wyborach, o odpowiedzialności i nadziei. Ze wszystkich myśli najbardziej utkwiły mi słowa Elektryka, w których dość szczególnie interpretuje on biblijną Księgę Wyjścia. Wałęsa sens czterdziestoletniej wędrówki Mojżesza widzi głównie w jednym, prostym fakcie – biologicznej wymianie kadr. Pokolenie przyzwyczajone do niewolnictwa musi odejść, by oddać władzę pokoleniu urodzonemu w nowej rzeczywistość. Dzieci wolności muszą zapomnieć, że ich rodzice dorastali w kajdanach. Z trudów wyjścia, przejścia przez morze, włóczęgi i zwątpienia pozostaje jedynie mit, symbol, mgliste wspomnienie bólu i triumfu. Nowe pokolenie powinno i musi wszystko zacząć od nowa.

Oczywiście, trudno jest sytuację biblijną przenosić bezpośrednio na grunt polski, nie na tym jednak polega potęga symbolu. W jakiś sposób smutnym jest fakt, że nowe pokolenie nie pamięta i prawdopodobnie nie będzie pamiętało o Sierpniu w sposób, w jaki jawi się on ludziom, którzy przeżyli tamten karnawał – jako mieszanina strachu, entuzjazmu, zrezygnowania, mozaika emocji i obrazów, których nie oddadzą telewizyjne archiwa. Nie pomoże w tym również ustanowienie dnia 31 sierpnia świętem narodowym. Ale w pewnym sensie to bardzo dobrze, że zapominamy. Że widzimy mit, znamy slogany o wolności, widzimy sprawę raczej czarno-biało. Że gruba linia powoli maluje się w dziewiczych umysłach młodzieży. Tego rodzaju niepamięć, bywająca wybawieniem, pozwoli budować nowemu pokoleniu nową Polskę. Lepszą czy gorszą, na pewno wolną. O takich budowniczych, urodzonych w wolnej Polsce, chodziło Wałęsie. Ci budowniczy mają teraz naście lat. Wyglądajmy ich z nadzieją.